03.09.2010 O umiejętności czytania

03.09.2010 O umiejętności czytania

Przyznam, że polska rzeczywistość rozleniwia- taki na przykład felietonista pokroju Rybińskiego, Kisiela, czy Ziemkiewicza chcąc znaleźć materiał do artykułu nie musi się ani trochę starać. Kisiel szedł na miasto i zasięgał ucha, a ja otwieram przeglądarkę i wystarczy wklepać polskieradio.pl oraz gazeta.pl- poza stronę główną nie sięgam.

I tak na dobry początek Polskie Radio informuje:

Autor zdjęć opublikowanych w książce o Lechu Wałęsie autorstwa Pawła Zyzaka domaga się wycofania tej publikacji z księgarń (…).

Jest to kolejny pozew w sprawie zablokowania sprzedaży książki „Lech Wałęsa Idea i Historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy <<Solidarności>>”. W sprawę zaangażowany jest krakowski adwokat Ryszard Rydiger, reprezentujący dotychczas córkę Lecha Wałęsy Annę Domińską. W pierwszej instancji sąd nakazał jej przeproszenie, ale nie wstrzymał publikacji. W drugiej instancji sąd nie dopatrzył się naruszenia dóbr osobistych córki Wałęsy.

Teraz adwokat występuje również w imieniu Józefa Drogonia z Gdańska, który domaga się zaprzestania sprzedaży książki Pawła Zyzaka. Zdaniem Drogonia naruszono jego prawa autorskie poprzez opublikowanie zdjęć bez jego zgody. W książce Zyzaka opublikowano około 10 zdjęć podpisanych imieniem i nazwiskiem Drogonia. W rozmowie z polityką.pl mówi on, że zgodził się na wykorzystanie zdjęć w pracy magisterskiej Pawła Zyzaka, ale nie na ich komercyjne wykorzystanie.

Na zdrowy rozum jeśli okaże się, że naruszono prawa autorskie (a  z oskarżeniami przeciw murzynom w naszej polityce jest jak w tym kawale o rozdawaniu Mercedesów w Moskwie na Placu Czerwonym) to każdy normalny człowiek udałby się do sądu w celu uzyskania odszkodowania za bezprawne wykorzystanie jego zdjęć i cieszył się każdym dodrukiem książki, bo oznaczałoby to dla niego duże tantiemy.

Każdy zdrowy na umyśle dziennikarz zapytałby też dlaczego autor zdjęć obudził się grubo ponad rok po publikacji książki (o zapowiedziach na jej temat nie wspominając!). Wyższą szkołą jazdy jest również zapytanie pana Drogonia, w jaki sposób doszło do tego, że sprawą zajmie się taki, a nie inny adwokat. No ale od dziennikarzy Polityki za dużo nie oczekuję- wszak jeden z akapitów informujący o możliwości wycofania książki, zakończyli słowami „Czy tym razem się uda?”.

Nietrudno więc wyobrazić sobie, że w Polsce AD 2010 do fotografa X przychodzi dwóch panów Y, przedstawiają sprawę i za obietnicę podjęcia określonych działań przez X zostawiają mu grubą kopertę  lub obietnicę wykorzystania swoich wpływów tu i ówdzie. Ale to tylko moje toporne rekonstrukcje, na podstawie – przyznacie – dosyć dziwnego stanu faktycznego. Nie wiem, czy tak było, ale wiem, że polscy pisarze science fiction często trzeźwiej oceniają świat, niż ich koledzy dziennikarze-publicyści.

Drugi temat dostarczyła nieoceniona Gazeta Wyborcza (czołówka gazeta.pl przez kilka godzin).

Z listu pani Ewy: – Mam doświadczenie w swoim zawodzie, wykształcenie wyższe z renomowanej uczelni, jestem na bieżąco z przepisami kadrowo-płacowymi. Teraz musi jak inni pracownicy biurowi także pracować na sklepie. – Kiedy tylko z głośników zabrzmi komunikat lub zadzwoni telefon i usłyszymy: „Multiskilerzy [wielozadaniowcy] proszeni na kasy” – lecimy. Obsługuję klientów, pracując na kasie, wykładam towar na półki, pracuję na magazynie, biorę udział w inwentaryzacji sklepu, a zdarzyło się mi też parę razy zza lady podawać sery czy wędliny. A proszę sobie wyobrazić, kiedy takich komunikatów w ciągu dnia jest pięć?! Śmieszne? Może, ale niestety prawdziwe(…). Pani Ewa napisała do „Gazety”, bo chce, aby jej firma to zmieniła.

Związki? Jan Guz, szef OPZZ: – To poniżanie pracownika, upodlenie, pokazanie, że jest niczym, że jest na posyłki. Załóżmy, że będzie ktoś miał przygotowanie do wykonywania obowiązków zgodnych z ukończonymi studiami, kwalifikacjami, a szef każe mu kible sprzątać. To oblicze nowego kapitalizmu.

Ja wiem, że żeby dostrzec związek pomiędzy tą sytuacją, a stanem polskiego szkolnictwa wyższego trzeba czasem pójść na jakąś uczelnię. Ale przecież dziennikarze GW to wzór nowoczesności i w środowiskach akademickich brylują. Kolegów studentów jeśli poczują się urażeni poniższymi rozważaniami, przepraszam. Miejcie jednak na uwadze, żem sam student i nie wiem jak moja przyszłość się potoczy. Ale oczy mam i widzę co i jak.

A jak jest? Niecałe 2 mln studentów to liczba niewyobrażalna (dane z wpisu De scientia). Uczelnie kuszone państwowymi pieniędzmi przyjmują każdego i wszędzie, na coraz dziwniejsze kierunki. Pracodawca jeśli nie celuje w określony kierunek lub określoną osobę, rzadko kiedy patrzy na papierek uczelni wyższej (no chyba, że do ściany przyparły go przepisy nakazujące zatrudnienie osoby z takim, a nie innym wykształceniem)- na okres próbny i tak cię przyjmie.
Rośnie nam więc młode pokolenie, w którym będzie niemało chamów z pretensjami. Wszak mam wyższe wykształcenie i wpajano mi, że edukacja jest kluczem do sukcesu. Pora się obudzić i zrozumieć, że jeśli zafundujemy sobie pięcioletnie wakacje na uczelni ( z cieplutkim państwowym stypendium socjalnym albo kredytem studenckim) to sukces będzie miał twarz dystrybutora produktów Coca-Coli, służbowego auta z wsiowym nadrukiem i comiesięcznej wizyty u psychologa. Praca dobra jak każda inna, ale dla mnie? Magistra? No niestety magistrów ci u nas dostatek.

Rynek nie potrzebuje i nie będzie potrzebował tylu osób z wyższym wykształceniem, za którym często nie idą żadne umiejętności i praktyczna wiedza. Państwo krzywdzi ludzi podwójnie: raz zabierając podatnikom pieniądze, które są trwonione w szkołach i na uczelniach, a drugi raz wmawiając młodym ludziom, że lepiej dla nich i dla rynku pracy będzie, gdy posiedzą sobie 5 lat na uczelni. Niestety redaktorzy GW zauważą te fakty dopiero po ich zwolnieniu ze względu na coraz mniejszą liczbę czytelników dawnej gazety „Solidarności”. System wyprodukował dziesiątki tysięcy Pań Ew i system im nie pomoże. No chyba, że uczynimy kolejny, dziarski krok w stronę socjalizmu.

Me(r)dia to w ogóle fajny temat, ale nie dla facetów- faceci za często schodzą na serce, a żeby się przy tym wszystkim nie denerwować trzeba być albo cynikiem albo buddyjskim mnichem. No bo jak mam odebrać fakt, że za prezydentury Lecha Kaczyńskiego w Onet.pl była specjalna komórka do spraw prezydentów. Jej działalność polegała na wyszukiwaniu newsów na temat prezydentów miast jak i innych państw. Rozchodziło się tylko o to, żeby na głównej był tytuł „Prezydent zatrzymany” albo „Prezydent zaprzecza relacjom świadka”. nigdy nie był to „Prezydent Poznania zaprzecza”, „Prezydent Nigerii pijany”. Musiałeś dopiero wejść na news i dowiedzieć się co i jak. Od niedawna, oczywiście na fali postępującego kryzysu specjalna komórka do spraw prezydentów została rozwiązana.

Nie byłem fanem Lecha Kaczyńskiego i nie o niego tu się rozchodzi, ale o mechanizm upadlania murzynów. Dzisiaj murzynem jest PiS, a jutro? Jutro połowa tytułów na gazeta.pl zostanie zarezerwowana dla kogoś innego.

Zmieniać to oczywiście możemy jedynie promując alternatywne źródła informacji i wiedzy. Jak wielokrotnie już pisałem za 20 lat równie łatwo będzie posłuchać komentarza Anity Werner i mojego. Jedno proste kliknięcie będzie dzieliło Pacewicza i Kontestację. Tak więc bezlitośnie punktujmy to co w mainstreamie i promujmy to co nasze. Siebie i Was do tego gorąco zachęcam i proszę :-)


PS: Przepraszam Szanownych Gości za to, że zamarłem, ale nauka do egzaminów + praca + goście = brak czasu na niewątpliwą przyjemność jaką jest intelektualne spieranie się czy to tutaj, czy na youtubie. Na komentarze dotyczące dróg odpowiem jutro (a jest co prostować!). Vloga też nakręcę na dniach. Chcę też raz na tydzień wrzucać radiowy felieton o lżejszej tematyce, ale do cholery- czy ktoś poleci mi jakiś mikrofon? Odszumianie zrobię w Audacity, ale sprzęt za 20zł i tak daje się we znaki.

No i zapraszam na pierwszy odcinek Felietonu Potylicznego!