O podatkach

O podatkach

W nowym vlogu trochę o podatkach- nic ciekawego dla zaznajomionych z tematem, ale mówić o tym trzeba bo wśród ludzi nieinteresujących się polityką i ekonomią znajomość materii zalegalizowanej kradzieży jest różna. Do poruszenia tematu zmusiło mnie dwóch komentatorów. Komentator nr 1 stwierdził, że podatki nie są kradzieżą, ponieważ są legalne. Rzecz ciekawa i warta przedyskutowania jak aspekt formalny może w czyimś umyśle uchodzić za materialny. Wypada bowiem zapytać, czy jeśli do art. 278 KK (przestępstwo kradzieży) dopiszemy lex specialis: „Rzeczpospolita Polska nie ma nic przeciwko obrobieniu Komentatora nr 1 przez łysych karków z dzielni”, to czy wyżej wspomniany z równą aprobatą będzie bronił takiego sposobu rozumowania.

Z kolei Komentator nr 2 wyjaśnił, że państwo nie kradnie tylko bierze. To też piękny przykład semantycznej impotencji, którą raczą nas głowy z telewizji mówiące na przemian „pan mija się z prawdą” i „nie mam takiej wiedzy”.

A istota sprawy jest przecież bardzo prosta. Jednym z fundamentów normalnego społeczeństwa jest poszanowanie prawa własności. Państwo naruszając nasze prawo własności poprzez egzekwowanie podatków jeśli już musi to robić, powinno mieć na względzie jedynie swoje podstawowe potrzeby. Jeśli więc państwo ma naruszać prawo własności wolnego obywatela to jedynie w celu ochrony tejże własności, praw które to gwarantują i ochrony państwa, które tworzy niezbędne do utrzymania w/w stanu rzeczy instytucje. Oczywiście ideałem byłoby zlikwidowanie podatków i oparcie się na dobrowolnych datkach, ale to byłoby możliwe dopiero po jakimś czasie sprawnego funkcjonowania liberalnego państwa. Zakładam jednak, że omawiamy tu realną politykę, a nie rozdział kolejnego dzieła z gatunku „Państwa” Platona i innych fourierowskich bajerów.

Nie będę się tutaj rozwodził nad szczegółowymi kwestiami bo nie lubię przepisywać innych. A niestety nasze czasy bazują na przepisywaniu bo po raz pierwszy cierpimy na nadmiar źródeł wiedzy. W każdym razie zainteresowanym teorią i nierozumiejącym na przykład czym jest zasada Pareta, o której w komentarzu poniżej pisze sebek, szczerze polecam książkę „Czy można usprawiedliwić podatki”. Za pedefkę jedynie 15zł- warto się wykosztować bo temat potraktowany jest przekrojowo i w przyjemnym języku (jeśli zestawić to z książkami prawniczymi omawiającymi konkretne systemy podatkowe).

Druga rzecz to zjawisko przerzucalności podatków. Dajmy prosty przykład. Urzędnicy zatroskali się o los robotników i w tym celu wprowadzili płace minimalne. Nakazują więc Dyrektorowi fabryki produkującej kalafiory płacić każdemu kalafiorowemu robotnikowi na starcie 1000zł. Dyrektor miał w zwyczaju przez pierwsze 2 miesiące płacić 700zł bo część kalafiorowych nowicjuszy odchodziła. Oczywiście żadna Fabryka Kalafiorów, nie chce mieć mniejszego zysku ze względu na jakieś durne urzędnicze decyzje, a więc zwiększa cenę każdego kalafiora o 50gr na kilogramie. Tym samym Pani Janina- konsument kalafiorów, musi wysupłać więcej pieniędzy i nie chcąc rezygnować z dotychczasowego poziomu kalafiorowej konsumpcji będzie po prostu dłużej składała na nowy telewizor (a więc straci sprzedawca telewizorów, który też jest miłośnikiem kalafiorów i nie będzie mógł ich kupić jeśli nic nie sprzeda).
Oczywiście urzędnik w Ministerstwie Regulacji Cen Kalafiorów widzi co się stało, więc musi wydać kolejny przepis ustalający stałą cenę kalafiorów. Będzie to jednak cena, za którą Dyrektorowi nie opłaca się produkować, więc najpewniej zmniejszy zatrudnienie (zwolni część kalafiorowej załogi). Ale urzędnicy wiedzą, że zmniejszanie zatrudnienia (likwidacja miejsc pracy) jest źle odbierana w społeczeństwie, więc postanawiają dotować Fabrykę Kalafiorów, żeby Dyrektor utrzymywał dotychczasowe zatrudnienie. Aby jednak dotować fabrykę potrzebują pieniędzy z podatków, a więc zwiększają np. podatek vat z 22% na 23%. Tracą na tym Pani Janina i Pan Sprzedawca Telewizorów, którzy ograbieni przez państwo mogą kupić jeszcze mniej kalafiorów, na czym straci Fabryka Kalafiorów.

Koło się zamyka. Jedynym wygranym jest państwowa administracja, która wydaje kolejne decyzje zbawiające świat i ratujące społeczeństwo przed niechybną zgubą. Liczba miejsc pracy w administracji powiększa się, podobnie dzieje się z liczbą przepisów. Żeby wszystko tak szaleńczo nie rosło to dla równowagi hamuje gospodarka i biednieje Pani Janina, Pan Sprzedawca i kalafiorowi robotnicy (wszak też są konsumentami). A Dyrektor prawdopodobnie wyniesie się z produkcją do jakiegoś państwa w Afryce lub Azji, gdzie nie ma tylu durnych przepisów.

Trzecia rzecz to państwowa policja. Ze względów czysto utylitarnych uważam, że lepiej pozostawić ją w gestii państwa bo po pierwsze nie wyobrażam sobie przeformatowania prokuratury i sądownictwa tak, aby mogło to dobrze funkcjonować. Po drugie przestępczość jako taka wymaga współpracy i stworzenia regulacji na poziomie centralnym co prowadziłoby w naturalny sposób do powstania jednolitej pod kątem organizacyjnym instytucji, de facto państwa w państwie.

Bardziej kontrowersyjna jest sprawa dróg publicznych. Również ze względów utylitarnych wydaje mi się, że lepiej zostawić to państwu. O ile bowiem samo budowanie nie nastręcza zbyt wielu problemów o tyle z ich utrzymywaniem jest już gorzej. Jak na przykład potraktować osoby pozamiejscowe? Wymagałoby to utworzenie licznych punktów opłat (zależnie od tego kto i na jaką skalę zainwestował w tworzenie dróg na danym terenie) co w istotny sposób zwiększyłoby koszty utrzymania drogi. Rothbard (link niżej) proponuje tutaj inne rozwiązania, które z kolei pachną mi za bardzo możliwością inwigilacji. Dalej- co zrobić, gdy jakaś droga byłaby jedyną prowadzącą do celu (np. pasmo górskie) i właściciel wykorzystując sytuację żądałby absurdalnych cen? Kolejny przykład: ktoś za duże pieniądze wykupuje sieć dróg i ustala horrendalne ceny. Doskonale zdaję sobie sprawę z natury argumentów, których używam, ale o ile na przykład dostawca energii elektrycznej postanowi orżnąć konsumenta to konsument-właściciel gruntu orżnie go na cenie dzierżawy, a jakiś czas przetrzyma na przenośnym generatorze prądu, o tyle w przypadku dróg wolna konkurencja w gruncie rzeczy nie istnieje, a właściciel drogi jest w swojej dzielnicy monopolistą w pełnym tego słowa znaczeniu. Sprawę oczywiście rozwiąże wynalezienie teleportu lub poręcznych helikopterów, ale na to trzeba jeszcze poczekać ;-)

Niemniej jednak nie deklaruję się tutaj jednoznacznie i muszę sprawę przemyśleć- za pomoc będę wdzięczny. A zainteresowanych tematem dróg i policji odsyłam do modelowego libertarianina (Rothbard str. 121 i następne)- sprawa ciekawa i warta dyskusji.

Wiem, że drogi i policja to to co libertariańskie tygryski lubią najbardziej. Celowo nie rozwijam tematu bo dla przeciętnego czytelnika byłoby to nużące, ale z chęcią poczytam argumenty drugiej strony. W końcu nie ma to jak kłótnia w rodzinie ;-)

(wpis również na portalu Wolne Pióra)