O niczym

Dzisiaj o niczym, które to nic wszyscy uważają za coś. A dokładnie rzecz biorąc za politykę. Wspomniałem w którymś komentarzu, że bardzo bawią mnie ludzie z tytułami doktorskimi rozwodzący się w telewizji nad kolejnymi wypowiedziami poszczególnych polityków. Ci ludzie zupełnie zapominają, a może raczej nie chcą pamiętać o dwóch płaszczyznach, na których toczy się gra. Oni zostali wyznaczeni do komentowania tej, która w mniemaniu wielu uchodzi za politykę sensu stricto.

Na pierwszej płaszczyźnie toczy się walka o władzę. Partia polityczna ma na celu zdobycie i utrzymanie władzy. To jest ta płaszczyzna zewnętrzna, przeznaczona dla elektoratu. Polityk dwoi się i troi nie po to, aby w jakiś sposób kształtować dyskurs publiczny, on nie jest od edukowania, nadawania temu dyskursowi jakiś kierunków. Polityk musi się dostosować. Wyczuć sytuację i dostosować się do możliwie największego wycinka wyborców.

Druga płaszczyzna to oczywiście realna polityka. Polityka sensu stricto. Zmienianie ustroju, kształtowanie pozycji poszczególnych grup społecznych, twarde negocjacje i kalkulowanie na ile można sobie pozwolić, czy to z koalicjantem, czy to z Komisją Europejską. Ta płaszczyzna nie jest szeroko prezentowana bo cóż politykowi po poparciu znanego profesora X, skoro może go poprzeć znana piosenkarka. Któż zrozumie zawiły sens jakiejś regulacji i jej wpływ na kształt danej dziedziny gospodarki, jeśli wytłumaczenie nowego stanu prawnego wymagałoby co najmniej półgodzinnej rozmowy- wyjaśnienia jak było, jak będzie, jakie cele nam przyświecały, jakie regulacje zastosowaliśmy i dlaczego takie, a nie inne.

W demokracji płaszczyzna pierwsza (polityki medialnej) musi dominować. W momencie, gdy konieczne jest pozyskiwanie poparcia nie co 4 lata, ale dużo częściej (bo mamy przecież wybory do Sejmu i Senatu, do Parlamentu Europejskiego, do samorządów i na Prezydenta RP)- to siłą rzeczy polityk musi cały czas uprawiać kampanię wyborczą. Nie ma innego wyjścia. A nawet kiedy wygra to musi pozyskać poparcie innych sił bo nie było jak dotąd sytuacji, w której jedno środowisko dysponowałoby możliwością przeprowadzenia realnych zmian na poziomie ustrojowym.

Charakter obecnej sytuacji wynika tylko i jedynie z takiego, a nie innego ukształtowania ustroju.
I zmiana tej sytuacji jest niemożliwa bez zmiany ustroju.
Wielu oczywiście sądzi inaczej. Można przecież wymienić kilku byłych kolibrów, którzy być może zarzucając swoje ideały mieli nadzieję, że osiągną wystarczającą pozycję, aby zmieniać sytuację już na miejscu, od wewnątrz. Doświadczenie pokazuje jednak, że jest to niemożliwe.


(źródło- Blog Cezarego Krysztopy)

Wspomniani na samym początku intelektualiści zupełnie zapominają o podziale na te dwie płaszczyzny. No ale właściwie co mieliby powiedzieć na wizji? Szanowna pani redaktor, uczestniczymy w komentowaniu wielkiej hucpy, która i tak nie jest przeznaczona dla nas bo targetem jest tu elektorat. A my goście z tytułami doktorów stanowimy 0,5% społeczeństwa, więc co najwyżej możemy firmować ten cyrk swoimi nazwiskami licząc na to, że człowiek, którego uważamy za uczciwego, dorwie się jednak do władzy i wtedy przeprowadzi zmiany, o których głośno mówić nie może.
Ja sądzę, że niewielu z nich tak myśli. Ci którzy dają się ciągać po telewizji być może się już w to wkręciło na tyle, że biorą wygibasy politycznych celebrytów na serio. W tym kontekście warto polecić jeden z artykułów Rafała Ziemkiewicza

Jarosław Kaczyński, skoro to o jego przemianie uparli się wszyscy mniej lub bardziej domorośli psycholodzy teraz dyskutować, swój wykład pojmowania polityki dał już dawno temu. W książeczce-wywiadzie Teresy Bochwic „Odwrotna strona medalu” sprzed prawie 20 lat porównuje politykę z żeglowaniem, a społeczne nastroje z wiatrem. Trzeba łapać wiatr, który się pojawia, i tak nastawiać do niego żagiel, żeby płynąć jak najbardziej się da w stronę celu, ale też, żeby nie wyłamało masztu. Jeśli nastroje są niekorzystne, to trzeba chodzić na wiatr skosem, jak to się w żeglarstwie nazywa − halsować. Jest to tak oczywiste, że aż banalne.
Dlaczego Kaczyński kiedyś chciał być umiarkowanym chadekiem i odżegnywał się od narodowego katolicyzmu, ZChN i Radia Maryja, a potem się przeprosił z Ojcem Dyrektorem i wszedł z nim w sojusz? Bo miał objawienie? Czy dlatego, że taka była polityczna potrzeba? Dlaczego w pewnym momencie zaostrzył ton dekomunizacyjny i lustracyjny − bo wcześniej nie wiedział, jakim złem był komunizm, i dopiero nagle to do niego dotarło, czy dlatego, że wypchnięty przez Wałęsę i udecję z politycznego centrum mógł już liczyć tylko na zmobilizowanie wokół siebie elektoratu radykalnego?

Oczywiście wierzę, że niejeden polityk pokroju Kaczyńskiego, Gowina, Rokity to ideowcy chcący uprawiać prawdziwą politykę i słusznie widzą w odgrywaniu polityki medialnej konieczny do zapłacenia trybut. Oddajmy mediom i elektoratowi co im się należy i zajmijmy się tym, czym zająć się trzeba. Czy jednak jest to możliwe? Czy ciągła kampania i konieczność ciągłego prezentowania się elektoratowi w telewizjach z gatunku 24h, gdzie co rusz zaprasza się kolejnych „ekspertów” to tylko dodatek do prawdziwej polityki?

Doświadczenie ostatnich dwudziestu lat pokazuje, że nie. Polityka medialna stała się polityką prawdziwą. Dla elektoratu na pewno i chyba dla większości polityków z samej góry również. Pytanie nie brzmi, czy można to zmienić. Konieczność zmiany jest oczywista- pytanie brzmi jak to zrobić?